Droga jaśniała w słońcu – najpierw światło uwydatniło maleńkie ziarenka piasku, potem ciepło przemieniło ziemię w spękaną, żółtawą skorupę. Gorąc sprawiał, że piach tańczył i zmieniał cały krajobraz. Świat miał teraz kolor najczystszego złota. Gościniec pęczniał, wił się, wznosił i opadał niczym wstęga spiekoty, która mocno trzymała się jałowej ziemi. Piaskowe drobiny, którym udało się podnieść do lotu z ognistej drogi, wirowały w powietrzu, kreśląc niewidzialny szlak między końskimi uszami, zahaczając o ich gęste ogony; tanecznym krokiem wpadły na wóz i gwałtownie ruszyły w stronę podróżnych. Piasek otoczył postacie wędrowców, wgryzł się w zaczerwienioną skórę i zajrzał do oczu, gdzie nie zobaczył nic nadzwyczajnego. Hadrian miał dość lejącego się z nieba żaru i wiatru, który wcale nie dawał ukojenia; podobne odczucia związane z niesprzyjającą pogodą męczyły Elzmira.
W Kanatarze od paru miesięcy trwała susza – dokładnie od momentu, kiedy na tronie zasiadł Renner II. Jedni mówili, że to kara za grzechy jeszcze niepopełnione przez obecnego króla; drudzy – szansa dla młodego władcy, który miał spore pole do popisu, aby zdobyć szacunek, miłość i zaufanie nieszczęśliwego ludu. Ten jednak nie zrobił nic, co wpłynęłoby pozytywnie na opinię poddanych. Mimo że każdy mieszkaniec Kanataru ledwo wiązał koniec z końcem, dzieci umierały z głodu na matczynych rękach, a niektórzy chcąc przetrwać za wszelką cenę, dopuszczali się aktów przemocy i kanibalizmu, to żaden z nich nie był w stanie znaleźć w sobie siły, która sprawiłaby, że wszyscy chwyciliby za broń i własną krwią wywalczyli sobie lepsze życie.
Nikt nie widział w tym sensu. Było za późno na jakiekolwiek działania. Ludzie nie mieli zapału, padali jeden po drugim, a kiedy ich wycieńczone ciała z impetem uderzały o ziemię, wokół nich podnosiła się złoto-pomarańczowa mgiełka – bezlitosna susza, która zawzięcie pożerała miasto po mieście, osadę po osadzie i zalewała wszystko dookoła swoim gorącym jestestwem. Drwiła z rozpaczliwych modlitw, głośno śmiała się z modłów odprawianych przez miejscowych druidów. Kpiła z desperackich wołań o pomoc skierowanych do wszystkich bogów i z szyderczym uśmiechem witała każdego człowieka, który wycieńczony wpadał w jej żółte objęcia.
Elzmir był przerażony krajobrazem kanatarskich prowincji. Doskonale wiedział, że cały kraj nęka susza, ale nie miał pojęcia, że w takim stopniu. Nawet grody, które zaopatrywały inne w wodę, teraz wyglądały tak nędznie, że poczuł nieprzyjemny ucisk w okolicach serca. Elzmir nigdy nie uważał siebie za patriotę. Jego myśli były na tyle trzeźwe, a czyny i słowa rozważne, że w życiu nie rzuciłby się w wir walk o wolność, niepodległość czy coś równie szalonego i heroicznego, co wymagałoby charakteru prawdziwego romantyka albo poświęcenia własnego życia. Jednak na widok martwych wiosek, wysuszonych rzek, żałośnie wyzierających z ziemi, sczerniałych drzew oraz wędrujących ludzi, którzy nie mieli siły nawet za nimi zawołać, czuł, że powinien coś zrobić. To był jego obowiązek! Nie nazwałby tego nagłym przebudzeniem patriotycznych uczuć – bo co jak co, ale nadal nie byłby w stanie przelać krwi za krzywdy uciskanego ludu – ale chciał coś zrobić. Cokolwiek, co sprawiłoby, że ci wszyscy mijani ludzie znaleźliby w sobie siłę, która pozwoliłaby im na wymówienie chociażby prośby o pomoc. Kiedy chciał zabrać kilku ledwo idących wieśniaków, Hadrian niespodziewanie wyrwał mu lejce z rąk.
— Nagle zebrało ci się na akty miłosierdzia? — warknął elf i popędził zwierzęta.
Kobyły również traciły siły; szły coraz wolniej, ale nie tak, by zauważył to zwykły człowiek. Hadrian widział różnicę i od dłuższego czasu zastanawiał się czy dotrą do Ethaelris. W głowie przeprowadzał przeróżne działania, po umyśle szarżowały kombinacje dni przejechanych, godzin, ilości wody, kondycji koni i ich samych. Intensywnie liczył i przypuszczał, rozważał rozmaite scenariusze. Jedno było pewne – nie mogli zabrać ze sobą wędrujących.
Elzmir nie rozumiał, dlaczego tak się stało, a Hadrian nie wyglądał na takiego, który udzielałby jakichkolwiek wyjaśnień. Jednak mały mężczyzna nie miał zamiaru siedzieć cicho. Przecież musiał coś zrobić!
— To mój wóz, dlatego żądam, abyś się zatrzymał i pomógł wejść paru osobom — powiedział to z taką mocą, że zdziwił nie tylko elfa, ale i samego siebie.
— Odmawiam — odparł po chwili Hadrian, posyłając towarzyszowi groźne spojrzenie.
— Powtarzam, to mój wóz...
— Ukradłeś go. — Zauważył elf.
Elzmir zaczerwienił się, ale sam dokładnie nie wiedział czy ze złości, czy przez to, że usłyszał prawdę z ust złodzieja.
— Pożyczyłem.
— To widzę, że znamy różne definicje tego słowa. — Hadrian zaśmiał się i popędził nieco konie.
— Nie masz racji.
— Tak ciężko pogodzić ci się z tym, że masz coś na sumieniu?
— Nie miałem tego problemu do momentu, kiedy się pojawiłeś...
— Nowe doświadczenia wzbogacają ludzką osobowość. — Hadrian zacytował banał z jakiejś książki, którą czytał kilkanaście lat temu, a traktowała o różnych obliczach człowieczeństwa.
— Toganda — odparł Elzmir. — Nie wiedziałem, że elfy sięgają po niszową literaturę dla mas.
— Ale zapewne odkryłeś usypiającą moc tego typu arcydzieł — powiedział Hadrian z przekąsem i nagle wstrzymał konie.
Stali na rozstajach, gdzie nie było żadnego znaku. Twarz Hadriana była pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu, Elzmir głupawo się uśmiechał i zastanawiał czy powiedzieć elfowi, że nie wie którędy powinni jechać.
— Dawno nie byłem w Ethaelris... — zaczął niezdarnie. — Nie wiem, która droga jest właściwa...
— Mogłem się tego spodziewać, że prędzej czy później zawiedziesz — mruknął niezadowolony elf.
— Ale...
— Żadne ale, czekamy na tamtych.
— To może po nich pojedziemy? — Zaproponował cicho Elzmir.
— Nie, zaczekamy.
Kiedy słońce powoli kończyło swoją wędrówkę, piaskowe wichury całkowicie ustały, a temperatura nieznacznie spadła, w oddali zarysowały się sylwetki trzech ludzi. Jeden był dzieckiem albo bardzo bliskim krewnym Elzmira. Oczywiście, tylko Hadrian był w stanie ujrzeć wędrujących. Człowiek początkowo myślał, że elf z niego żartował, ale po czasie sam zobaczył nadchodzące wybawienie. Zbliżał się wieczór, ale nadal czuł się, jakby zaraz miała zostać po nim mokra plama. Słońce zażarcie strzelało w stronę ziemi ostatnimi promieniami gorąca, a w okolicy nie było w ogóle cienia.
— Szybciej, szybciej — mruczał Elzmir pod nosem, intensywnie wpatrując się w coraz wyraźniejsze sylwetki.
Widziałby ich wcześniej, ale zapominalstwo boleśnie się mściło. Zaaferowany zupełnie zapomniał o okularach. Ba! Nawet o nich nie śmiał myśleć, kiedy jeszcze tak bardzo obawiał się Hadriana. Z każdą milą strach malał i zamieniał się w coś całkiem naturalnego, pewnego rodzaju znajomość, która albo zapadnie głęboko w pamięć, albo szybko zostanie z niej usunięta. Decyzja należała do Elzmira, ponieważ zawiązująca się pomiędzy nimi komitywa, zależała od tego, co postanowi.
Wiedział co nieco o planach Hadriana, ale wątpił w ich powodzenie. Jakim sposobem chciał ukraść Łzę Patrochiany z królewskiego skarbca? Wolał nie pytać; był zresztą przekonany, że nie dostałby odpowiedzi. Elf, mimo delikatnego wtajemniczenia Elzmira, pozostawał skryty. Nie wymagał od małego mężczyzny niczego, poza doprowadzeniem go do Ethaelris. Liczył, że Elzmir oczarowany wizją przygody, chęcią wyrwania się z macek monotonii, sam zaproponuje swoje towarzystwo. Już nie chciał go zabić. Hadrian nawet go lubił. Nie zmieniało to faktu, że nadal bywał irytujący, a jego zmysłowe mankamenty – czyli słaby słuch i wzrok – niezwykle drażniły elfa. Niechęć wzrosła, kiedy Elzmir zaczął mieć wzdęcia. Hadrian niekiedy słyszał, jak w żołądku człowieka bulgotało, po czym następowało znaczące pierdnięcie, które elfowi było szczególnie niemiłe. Rządca nic sobie z tego nie robił. Wcześniej wspomniane problemy ze słuchem skutecznie uniemożliwiały Elzmirowi jakiekolwiek panowanie nad nieprzyjemną przypadłością. Hadrian dziękował niebiosom, że nic nie czuł, mimo to nafaszerował towarzysza ziołami, które w końcu zapobiegły dalszym, słuchowym katuszom. Do Elzmira nieprędko dotarło, co się stało. Kiedy zauważył, że wzdęcia ustały, było mu niewymownie przykro, że naraził Hadriana na takie niedogodności ze swojej strony. Oprócz elzmirowych dolegliwości nic innego go nie drażniło. Chyba.
Do Ethaelris zostało parę mil. Przynajmniej Hadrian tak uważał, chociaż jego przeczucie polegało na skrupulatnym wmawianiu sobie tego od chwili, kiedy ujrzał w oddali wieśniaków. Wędrujący byli coraz bliżej. Elzmir wyglądał, jakby zaraz miał odlecieć w kierunku nieba; Hadrian wzrokiem budował górę, z której nadchodzący ludzie mogliby swobodnie zbiec i przy okazji prędzej znaleźć się obok ich powozu. Obydwaj nie dopuszczali do siebie myśli, że wieśniacy naprawdę szli szybkim krokiem – na tyle na ile pozwalało im zmęczenie i wzbierająca w nich nadzieja na widok stojącego wozu.
Podróżni nadal szli, stawali się coraz wyraźniejsi. Rośli, rośli, rośli, aż Hadrian mógł ujrzeć zmęczenie na ich twarzach. W oczach czaiła się nadzieja – elf żałował, że wcześniej nie pojechali na chybił trafił. Wykorzystałby którąś z wyliczanek autorstwa Trish i dotarliby do Ethaelris.
— O, nieludź. — Hadrian usłyszał cichy, piskliwy głosik i momentalnie zadrżał. Nie cierpiał, kiedy tak go nazywano. Czy on miał rogi, kopyta, ogon i wyglądał jak krowa, która umie chodzić i strzelać z łuku?
Spojrzał w dół. W żadnym przypadku, to nie była rodzina Elzmira.
— Mogę dotknąć? — Dziecko zadało pytanie, ale nie czekało na odpowiedź. Wgramoliło się na powóz z głośnymi stęknięciami, po czym... Zrobiło to! Elf otworzył szeroko oczy, zagryzł wargę i zaczął oswajać się z dziecięcą dłonią zaciśniętą na jego spiczastym uchu.
— Elzmir, weź to! — wycedził Hadrian, a człowiek wziął chłopca na ręce i postawił go na ziemi.
— Ale masz śmieszne ucho! Zupełnie jak nietoperz — zawołało radośnie dziecko, znowu próbując władować się na wóz. Kiedy Elzmir go powstrzymał, chłopca przestała interesować elfia anatomia, a jego uwagę przykuła prychająca, przywiązana z tyłu Luiza. Klacz nie dość, że była całkiem zadowolona z pieszczot dziecka, to do tego domagała się ich więcej, tak że w końcu chłopiec wdrapał się na jej grzbiet.
— O nie! Kuga, złaź z tego zwierza! Natychmiast! — krzyczała potężnie zbudowana kobieta.
Zaraz za babskiem przybiegł zziajany mężczyzna.
— Kuga, słuchaj matki! — wydusił wieśniak, ciężko oddychając.
Chłopiec nie przejął się krzykami rodziców, dalej siedział na Luizie i szarpał ją za długą grzywę.
— Bardzo przepraszamy za syna — powiedział smutnym, zmęczonym głosem ojciec, pozwalając kroplom potu kreślić wodnisty szlak na twarzy.
Niebo zmieniało barwę z ciemnopomarańczowej na głęboki granat. Twarze wszystkich poszarzały, dookoła rozprzestrzenił się mrok. Chłopiec prędko zeskoczył z konia i wtulił się w matkę. Przestraszonymi oczami wodził po okolicy, zupełnie jej nie poznając – jeszcze niedawno była taka jasna i ciepła...
— Nie bój się, mój mały. — Kobieta pogłaskała syna po głowie.
Po krótkiej rozmowie Elzmir i Hadrian wiedzieli już, jak dostać się do Ethaelris. Jednak wszystko miało swoją cenę – nawet tak małowartościowa informacja, która w obecnej sytuacji kosztowała tyle co nocleg z wyżywieniem przez tydzień. Nie mieli wyjścia, to znaczy, Hadrian go nie miał. Elzmira bardzo ucieszyła wizja wspólnej podróży. Elf nie był już tak optymistycznie nastawiony i żałował, że nie świsnął batem koni od razu po tym, jak dowiedział się, która droga jest prawidłowa. Jechali wolno, robiąc krótkie postoje, aby napoić konie. Kobyły wyglądały tak nędznie, jakby miały zaraz paść. Nie rozmawiali wcale, od czasu do czasu Elzmir próbował, ale wieśniacy byli za bardzo zmęczeni, dzieciak przestraszony, a Hadrian wściekły. Także sunęli wysuszonymi, pogrążonymi w śnie drogami w towarzystwie gwiazd i srebrnego księżyca.
Nad ranem ujrzeli odległe mury miasta Ethaelris. Mimo że cały krajobraz prezentował się niezwykle żałośnie, to na widok dużej bramy poczuli niespodziewaną ulgę – zupełnie tak, jakby susza i nędza nie miały do stolicy wstępu. Zza zamkowych wież czarno zarysowanych na tle żółto niebieskiego nieba wychodziło słońce. Ciepło rozlało się po okolicy, a w powietrzu unosił się dziwny zapach nadziei. Niemalże jednocześnie wszyscy wydali z siebie ciche westchnienie. Czuli się, jakby wrócili do domu po długiej, męczącej podróży, a za murami czeka ich odpoczynek, radość i dostatek. Nawet Hadrian nie potrafił powstrzymać uśmiechu. Cmoknął na ledwo idące konie i ruszyli w stronę Ethaelris.
W czasach świetności Kanatar słynął z najlepszych twierdz i dobrze wyszkolonego wojska. Jednak pamięć o kanatarskich dokonaniach prędko zanikała, a królestwo zrezygnowało z charakteru zdobywcy na rzecz usposobienia handlarza. Wspomnienie zaciekłych, zwycięskich wojen zawieruszyło się gdzieś między rządami nieodpowiednich władców i prowadzoną przez nich tragiczną w skutkach polityką. Sytuacja miała się zmienić zaraz po rozpoczęciu przez Rennera I ekspansji na zachodzie, jednak jego raptowna śmierć przekreśliła wszystkie plany. Wojsko, które zmobilizował, po objęciu tronu przez jego syna, błyskawicznie zapomniało o jakimkolwiek zdobywaniu zachodnich terytoriów i przerażone suszą zaczęło korzystać z ostatnich miesięcy życia na przeróżne sposoby – począwszy od kradzieży i częstej dezercji, przez gwałt i mordowanie, a kończąc na ludożerstwie. I co najlepsze, nigdy wcześniej tak dobrze się nie bawili!
Kanatar od śmierci Rennera I uchodził za mordercę, dlatego też nie otrzymał żadnego wsparcia od pobliskich królestw. Tym bardziej, że sam król o nie nie poprosił. Także okoliczni władcy umyli ręce, cierpliwie czekając aż lud się zbuntuje, dzieciaka pozbawi korony, a oni zostaną bez monarchy.
Tymczasem Hadrian, Elzmir oraz trzyosobowa rodzina zbliżali się do wrót. Brona była podniesiona; kiedy przejeżdżali ostre, metalowe szpikulce wisiały nad ich głowami, czekając tylko na odpowiedni moment. Krata jednak nie spadła, mechanizm zablokowano, co nie zmieniało faktu, iż Hadrian czegoś się obawiał. Najbliższe baszty były puste, to samo tyczyło się samborzy. Żadnych żołnierzy, mieszkańców. Wjeżdżając do miasta, zostali powitani przez pustkę. Na murach również nikogo nie było, okoliczne stragany rozsiane przy kamiennych ścianach fortyfikacji straszyły porzuceniem i starością. Plac, na którym się znaleźli, jaśniał piaskiem – zupełnie tak, jakby handlarze rozpadli się na miliony złocistych ziaren. Wszyscy czuli na sobie uparty wzrok czegoś, co nie było wobec nich przyjaźnie nastawione. Mimo że dookoła panowała jasność, to wiedzieli, że coś kryło się w tych pozornie bezpiecznych, niby-obronnych murach i całym mieście.
Nie czekali długo. Najpierw padła jedna z kobył, a potem otoczyła ich grupa gwardzistów.
*
Feälves'om Velêer robił piorunujące wrażenie: zachwycał różnorodnością drzew i zwierząt, tętnił życiem i pachniał tajemniczością, był pełen niezrozumiałej dla śmiertelników dostojności i szlachetności, która wyglądała z rozłożystych, zielonych koron i pięknej, ciemnobrązowej kory. Las krył w sobie niebezpieczny czar, rzucał potężne zaklęcia za pomocą cichego pomruku, szelestu liści oraz ptasiego śpiewu. Człowiek, który nie zginął w ciągu pierwszych minut od przekroczenia granicy, mógł cieszyć się naturalnym pięknem i chłonąć całym sobą magię tego wspaniałego miejsca. Wyzwolenie się spod uroku było niełatwym zadaniem. Nawet elfy, które opuściły dom i wędrowały po ludzkich gęstwinach, nie umiały wyczuć magii, z jaką obcowały tutaj, w Feälves'om Velêer. Samo Coréllion Larthiënn było niczym w porównaniu z ogromem lasu, który otaczał elfie miasto ze wszystkich stron, czyniąc je samym jego sercem. Bór pełen był elfów i istot, które teraz żyły tylko w opowieściach bardów i wyobraźni człowieka. Ziemia drżała pod kopytami centaurów, nad brzegami lśniących jezior uwodzicielsko szemrały ondyny, w powietrzu królowały półprzezroczyste sylfy wraz z barwnymi feniksami; o wschodzie odzywały się jednorożce, których srebrzyste grzywy i pozłacane rogi iskrzyły się w blasku porannego słońca; po zmroku ze swoich kryjówek wychodziły groźne mantykory i wiecznie niezaspokojone wilki. Przez cały dzień zmęczonym szeptem ciągnęły swoją opowieść zaczarowane enty, które nie mogły już swobodnie wędrować po świecie. Uwięzione zaklęciem zapuściły korzenie tak głęboko, że teraz mogły tylko tęsknie spoglądać w przeszłość. Żyły tym, co opowiadały im przelatujące wichury, współczujące sylfidy, trzeźwo myślące pegazy i słodko śpiewające ptaki, których bajanie było przepełnione pasją i przygodą. Brakowało tylko leśnych władców, którzy obowiązek opieki nad entami zrzucili na barki dzikich stworzeń.
Elfy z czasem upodobniły się do niecierpliwych, gwałtownych ludzi. Ich szlachetność i umiłowanie czasu pierzchło i ustąpiło miejsca, wszechobecnej teraz, trwodze. Nawet centaury nie były w stanie przewidzieć takich zmian. Elfy niczym niewidome dzieci pozwoliły zaprowadzić się do zaułka, gdzie otoczono je ze wszystkich stron Bezimiennym Strachem. Nie widziały go, ale podświadomie czuły, że zegną przed nim kolano.
Zaślepiony był również Žalthaniel, który ratunku szukał nie tam, gdzie powinien. Zagubiony w narkotycznych oparach, nie odróżniał dobra od zła, snu od rzeczywistości. Zatracał się w tęsknocie za nieżyjącą córką, przynosił wstyd elfiej rasie. Uciekał od samego siebie. Brzydził się swojej nędznej, bezwartościowej postawy i... Nie potrafił z tym nic zrobić.
Były to dni, kiedy rezygnował z cyffirin'hu, by móc rozmyślać o Cantharielle, o jego utraconej Melodii Poranka. Chwila ta szybko stała się corocznym rytuałem – opuszczał swoje komnaty o wschodzie słońca, w towarzystwie ptasiej muzyki i cichych, nierozbudzonych jeszcze odgłosów natury. Wolnym krokiem pokonywał kamienne tarasy, co jakiś czas spoglądając w stronę bladożółtego słońca. Oczyszczał umysł. Chłonął całym sobą zapach jutrzenki, ziemi, skrzącej się na tle zieleni rosy i szemrzącej w pobliżu wody. Bosymi stopami gniótł sprężystą trawę, która po chwili odzyskiwała swój dawny kształt. Szedł z delikatnym, dziwnie smutnym uśmiechem, który powoli zmieniał jego oblicze w twarz pogrążonego w rozpaczy szaleńca. Ile to już lat? Nadal zbyt mało, aby się z tym pogodzić, aby wybaczyć; żeby stwierdzić, że był to przypadek.
— Za mało — wyszeptał elfi król, kiedy zatrzymał się na brzegu rzeki. Wpatrywał się w spokojną toń, która lśniła odcieniami błękitu i jasnej zieleni.
Ruszył w stronę spienionego wodospadu, który mienił się w słońcu barwami bieli i kobaltu. Żywe kolory raziły i znacznie odcinały się na tle kanciastych, pokrytych licznymi bruzdami skał. Ze szczelin w koralowej ścianie wyrastały piękne rośliny przypominające pierzynę utkaną z malachitowych i szmaragdowych nici. Liście wijących się kwiatów po górskim zboczu zabarwione były miedzianym pyłem, którego drobinki podnosiły się do lotu wraz z każdym podmuchem wiatru. Coréllion Larthiënn było najpiękniejszym miastem, jakie kiedykolwiek widział. Znał każdy zakątek elfiej stolicy. Wszystkie miejsca zachwycały czym innym, różnorodność wszechobecnego piękna potrafiła powalić na kolana. Žalthaniel czuł się nieoderwaną częścią krainy elfów. Miał tu wszystko, jednak nieobecność Cantharielle sprawiała, że kolory traciły na intensywności, śpiew ptaków pozbawiony był słodyczy, chmury niechętnie sunęły naprzód; zewsząd otaczał go smutek – piękna boleść, szept tęsknoty.
Žalthaniel kroczył wśród wysokich traw, palcami zahaczał o pojedyncze źdźbła. Głaskał chropowate i gładkie kory młodych drzew, dotykał ich delikatnych liści. W końcu stanął u podnóża Koralowych Gór, które były źródłem rzeki przecinającej Feälves'om Velêer. Prawą dłoń przyłożył do miedzianej skały, na opuszkach palców zakwitły pomarańczowe rumieńce. Nie zwrócił na to uwagi. Ostrożnie stąpał po wilgotnych, czerwonych głazach, do połowy zanurzonych w wodzie. Kamienie zaprowadziły go na schody ukryte za wodospadem, które uformowały starożytne zaklęcia, aby móc udać się do świętego miejsca. Schowany za wodną ścianą uśmiechnął się. Tak dawno tu nie był. Zapomniał już, jak wygląda druga strona wodospadu – ta zniekształcająca świat, ogłuszająca, o sile, które może unicestwić.
Wspiął się po schodach, po czym wszedł do jaskini, która po chwili rozbłysła oślepiającym blaskiem. Pokonał kolejne stopnie. Z góry zaatakowało go złote światło. Žalthaniel przysłonił dłonią twarz. Uniósł głowę i ujrzał sklepienie świątyni. Już niedługo zobaczy Cantharielle.
Znalazł się w okrągłym pomieszczeniu, na którego ścianach i kopule widniały cudowne malowidła. Przedstawiały one wszystkich nieżyjących już członków rodziny królewskiej. Jedni byli bardzo starzy, drudzy niezwykle młodzi. Ginęli w bitwach, w nieszczęśliwych wypadkach, mordowano ich – śmierć wszędzie wyglądała tak samo. Żadna rasa nie mogła poszczycić się nieśmiertelnością. Elfy żyły dłużej, były w stanie znieść o wiele więcej, jednak natura znalazła sposób – zesłała okrutną zarazę, by znikła krasnoludzka zawiść i ludzka zazdrość. Choroba jednak atakowała tylko młodych: Cyros, Tidoreas, Remmeanth, Amentea, Xerilleus, Latheerdeon, Istissae, Lyannomea i jego kochana Cantharielle. Nie ponieśli klęski w walce na miecze, a w bitwie z naturą.
Žalthaniel pozdrowił zmarłych. Niektórzy drzemali, inni grali w karty, młodzieńcy rozmawiali, jednak król ich nie słyszał. Nie słyszał pochrapywania poprzednich władców, krzyków zdenerwowanych hazardzistów ani licznych konwersacji. Widział jedynie nieruchome, pogrążone w śnie twarze, gwałtowne ruchy karciarzy i latające wokół nich karty, usta Xerilleusa i Latheerdeona, które wyginały się w rozmowie. Widział ich wszystkich, oni tylko wyczuwali jego obecność. Nie mógł w żaden sposób się z nimi skontaktować. Dziękował Fhaër Lann, Rezydentce Horyzontu i Przewodniczce, że pozwoliła na tyle – na bezdźwięczny obraz, który potrafił chociaż na chwilę ukoić ból straty.
Cantharielle leżała z zamkniętymi oczami na poduszkach, spowita w najpiękniejsze suknie. Kasztanowe włosy spływały po jej nagich ramionach, wijąc się niczym lśniące serpentyny. Śniła o czymś przyjemnym – usta koloru poziomek wygięły się w delikatnym uśmiechu. Žalthaniel patrzył na córkę w zachwycie, czując, jak jego wnętrze rozdziera się na pół.
— Chcę umrzeć — wyszeptał, podchodząc bliżej do malowidła. Pogłaskał kobietę po zaróżowionym policzku, po którym nagle popłynęła kryształowa łza. — To ja powinienem odejść, nie ty. Nie ci wszyscy młodzi, którzy byli naszą przyszłością. Nie wy.
Otarł kolejną łzę z policzka Cantharielle. Dotykał tylko pomalowanej, zaczarowanej ściany, ale gest ten sprawiał, że czuł się lepiej. Kobieta otworzyła oliwkowe oczy i raptownie wstała, wprawiając w ruch swoje szaty, które wyglądały jak wielobarwna mgła. W ciemnozielonych oczach czaił się strach, ale szybko się uspokoiła. Cantharielle uśmiechnęła się łagodnie, a Žalthaniel poczuł, jak w jego oczach pojawiły się łzy. Przezroczysty strumień zakreślił wilgotny szlak na królewskich polikach.
— Chcę umrzeć — wyszeptał. Pamiętał, jak po śmierci córki szukał sposobu, by dokonać zamiany – jego śmierć, za jej życie. Szalał z rozpaczy i bezradności, aż w końcu rzucił się w objęcia cyffirin'hu.
Fhaër Lann nie chciała go słuchać, a żadna z pozostałych córek nie mogła zastąpić Cantharielle. Nemeyethel za bardzo kocha ciszę i spokój; Hastienne nie ma w sobie tyle słodyczy, choć była z jego Melodią Poranka najbliżej; Mendegarr nie umie wysiedzieć w jednym miejscu, wszędzie chodzi ze swoim mieczem i marzy o wiecznej tułaczce; Beaenelle najchętniej nie opuszczałaby cienia drzew i z pewnością nie pamięta, kim była Cantharielle, gdyż urodziła się najpóźniej. Kochał je wszystkie, ale żadna nie miała jej głosu, długich, miękkich włosów, łagodnego spojrzenia i delikatnego, uroczego uśmiechu. Posiadały inne talenty, ale żadna z nich nie potrafiła uspokoić Žalthaniela tak, jak robiła to Melodia Poranka. Nie była tylko jego ukochaną córką, ale też najlepszą przyjaciółką, która służyła mu radą w najtrudniejszych chwilach. Wyróżniała się śmiałymi posunięciami i niezwykłą wiarą w elfy, zmiany, cały świat; uwielbiała czytać – najwięcej czasu spędzała w bibliotece, mówiła, że tam czuje się najlepiej. Miała ogromną wiedzę, duszę dyplomatki i zadatki na cudowną królową, ale wszystkie te wspaniałości nie uchroniły jej przed chorobą. Odeszła z imieniem ukochanego na ustach. Istoty, która powinna przy niej być! Kiedy umierała, w kółko szeptała: „Toelvaaï”. Gdy duch Cantharielle powędrował do Fhaër Lann, znienawidził nieobecnego elfa z całego serca. Hastienne próbowała mu wytłumaczyć, że elf wyruszył na poszukiwanie lekarstwa, ale było za późno – Žalthaniel otumaniony smutkiem nie chciał jej słuchać, powoli gasła w nim iskra życia.
— Pamiętam, kiedy Toelvaaï wrócił — powiedział głośno, myśląc, że może Cantharielle go usłyszy. — Widziałem go wtedy po raz pierwszy i ostatni, przekląłem go i wygnałem. Teraz wiem, że postąpiłem niesprawiedliwie. Często w oparach narkotyku widzę jego oczy pełne bezradności, a jednocześnie ogromnej nienawiści. Powiedział, że nie zasługiwałem na taką córkę jak ty, moja droga... Mówił bardzo dużo, ale czas zrobił swoje, za to nigdy nie zapomnę jego spojrzenia, tej mieszaniny niemocy i wstrętu.
Cantharielle patrzyła przed siebie, stała nieruchomo, ale jej szaty poruszały się tak, jakby tam u niej wiał delikatny wiatr. Nie uśmiechała się, z oliwkowych oczu również nie można było nic wyczytać. Pochyliła głowę, odwróciła się i odeszła. Zniknęła wśród pogrążonych w śnie królów, wymachujących rękoma hazardzistów i rozmawiających młodzieńców. Žalthaniel czuł, że jego spowiedź trwa już za długo i łaskawa Fhaër Lann zaczęła się niecierpliwić. Pokłonił się i podobnie jak córka odszedł.
Dni, kiedy przychodził do Temeantö'falr zawsze zaczynały się i kończyły tak samo. Boso przemierzał drogę do i ze świątyni, zachwycając się pięknem swojego królestwa. Były to jedyne chwile, gdy nie myślał o cyffirin'hu. Okres, w którym zachowywał jasność umysłu i mimo ogromnego smutku miał siłę, aby zająć się sprawami Coréllion Larthiënn. Wracał do pałacu w południe i kierował się do biblioteki, gdzie przesiadywała Nemeyethel wraz z milionem spraw do rozwiązania. Tym razem nie zastał jej podczas pisania listu, a w towarzystwie nieznajomych ludzi. Jedli owoce i cicho rozmawiali. Nemeyethel wydawała się żywo zainteresowana tym, co mówił młody człowiek z przyjemnym wyrazem twarzy. Niemniej Žalthaniela zdziwiło nowe zajęcie córki. Zauważył, że siedzący obok mężczyźni są podobni do mówiącego.
— Ozeasz niedawno ukończył nauki w Kethaël Mõrgeen.
— Miałem jedne z najlepszych wyników! — wtrącił młodzieniec, po czym wgryzł się w duże, czerwone jabłko.
— Aż wierzyć się nie chce — warknął trzeci mężczyzna, który siedział najdalej z niezadowoleniem wymalowanym na twarzy.
Nemeyethel uśmiechnęła się delikatnie w odpowiedzi na braterskie złośliwości. Od dwóch dni spędzała czas razem z niespodziewanymi gośćmi. Byli miłą odmianą. Przywykła już do otaczającej ją ciszy, opasłych tomisk z biblioteki, kruszejących pergaminów, zapachu papieru i atramentu, którym nie raz ubrudziła smukłe palce. Od lat nie opuszczała Feälves'om Velêer, gdzie za towarzyszów miała jedynie siostry, obłąkanego ojca, odwiedzające niekiedy stolicę elfy i widma dawnych, nieżyjących przyjaciół. Žalthaniel zapomniał, że każda z sióstr poniosła ogromne straty, że nie tylko on nosił w sercu żałobę po bliskich. Dlatego Nemeyethel cieszyła się ogromnie z przybycia czwórki mężczyzn i pragnęła, by zostali w Coréllion Larthiënn tak długo, jak to tylko możliwe.
Dacre był najstarszy z trojga braci; nie zachwycał wyglądem, ale wyróżniał się ogromną wiedzą, posiadał niezliczone umiejętności: potrafił poprowadzić rozmowę tak, aby nie zahaczyć o niewygodne kwestie, które jeszcze niedawno bardzo nurtowały Nemeyethel. Po czasie przypominała sobie o nich, ale wydały się jej już nieważne. Dopiero kiedy Blaine zwrócił bratu uwagę, by jej nie czarował, elfka zorientowała się, że padła ofiarą niewinnej gry.
Roześmiała się wtedy i zauważyła oryginalny uśmiech Blaine'a. Początkowo sprawiał wrażenie najzwyklejszego aroganta, którego trudno czymkolwiek zadowolić, jednak prędko okazało się, że był skryty i miał problemy z nawiązywaniem nowych znajomości. Podobnie jak Dacre nie przyciągał uwagi wyglądem, ale w jego oczach czaiło się coś niezwykle intrygującego, a w uśmiechu pociągającego. Trzymał się na uboczu, bez przerwy wszystko krytykował, ale przez troskę o najbliższych, a nie przez swój nieznośny charakter, który pełnił funkcję obronną.
Przeciwieństwem nieumiejącego okazywać uczuć Blaine'a był piękny, wesoły Ozeasz, najmłodszy z całej trójki. Najbardziej gadatliwy, najsympatyczniejszy. Niewysoki o słodkim, wiecznie roześmianym wyrazie twarzy; miał ciemne, opadające na ramiona w drobnych loczkach włosy, które niekiedy zakrywały jego lśniące, duże oczy. Bywał dziecinny i męczący, posiadał – jak każdy z braci – swoje dziwactwa, ale nie załamywał rąk i uparcie szukał sposobu, aby wybrnąć z nieprzyjemnych sytuacji.
Wystarczyły dwa dni, by poznać trójkę ludzi – Nemeyethel dowiedziała się wszystkiego, co ją interesowało. Nadal jednak zagadką pozostawał czwarty osobnik, który z braćmi z Matry nie miał nic wspólnego – Cade Ezra Naïlo, tyle zdołała z niego wydusić, gdyż bardziej zajmowały go bogato zdobione ściany, liczne rzeźby i ozdoby znajdującego się w pałacu niż córka Žalthaniela Sirraghi. Z obawy przed jego niejasnymi zamiarami przydzieliła mu za towarzyszkę swoją młodszą siostrę, Mendegarr, która w razie jakiegoś niemiłego wypadku zareaguje tak, jak powinna.
Od dłuższego czasu siedzieli w bibliotece, zajęci rozmową i kosztowaniem soczystych owoców. Pochłonięci wzajemną obserwacją nie zauważyli przysłuchującego się im Žalthaniela.
— Usiądźcie. — Król podszedł bliżej i nakazał mężczyznom spocząć.
— Urdo'se mëa'toi — powiedzieli chórem bracia, mimo wszystko klękając.
— Nem, nie powinnaś mordować naszych gości etykietą.
— Nic nie zrobiłam, to Dacre uparł się, by zachować wszelkie normy — odparła zdziwiona zachowaniem ojca.
W pierwszej chwili sądziła, że elf wezwie straż i wsadzi braci wraz z tym całym Cade'em do lochów, ale jego słowa mile ją zaskoczyły. Spodziewała się tego, co zwykle działo się w ciągu tych paru dni – głośnego lamentowania albo permanentnego milczenia, niejedzenia, grożenia, chęci mordowania i ścigania Toelvaaïa, którego uważała za wytwór wyobraźni ojca. W ostateczności spodziewała się wszystkiego, ale nie tego, by Žalthaniel pogrążony od wielu lat w żałobie po córce był w stanie zachować się tak, jak na władcę Feälves'om Velêer przystało.
— Przedstawisz mi swoich towarzyszy, droga Nem? — poprosił król, podchodząc bliżej.
— To Dacre, pierworodny syn Sullivana z Matry. — Wskazała na mężczyznę z długimi czarnymi włosami, których końce były delikatnie zakręcone. — To Blaine i Ozeasz, młodsi bracia Dacre i synowie Sullivana. Wszyscy trzej są magami, najmłodszy z nich niedawno zakończył naukę w Kethaël Mõrgeen.
— Ach, pochodzicie z Alldaru? Czarowny kraj — westchnął Žalthaniel, popadając w chwilową zadumę — ale nie przepadają tam za elfami... To tam doszło do Elfiej Rzezi, nieprawdaż?
Ozeasz uśmiechał się głupio, Blaine odwrócił wzrok, nie wiedząc, co powiedzieć, a Dacre wypuścił ze świstem powietrze.
— Tak, tak było za panowania Ferghaila — zgodził się Dacre — jednak od lat rządzi jego syn, Feargus, który jest sprawiedliwym i wybitnym władcą.
— Ach, dobrze wiedzieć — sapnął elfi król, ganiąc w myślach siebie samego za gafę, którą popełnił: — Ile lat trwam w niewiedzy? Co się ze mną stało?
— Zbliża się pora obiadu, z pewnością jesteście głodni i spragnieni, dlatego zapraszam na posiłek — oznajmiła czujna Nemeyethel, chcąc oszczędzić ojcu rozpamiętywania niedawnego nietaktu.
Wszyscy zgodzili się z elfką i ruszyli do jadalni, w której siedział już Cade Ezra Naïlo. Mężczyzna nie przejął się nieobecnością gospodarzy, od godziny bawił się w najlepsze razem z Mendegarr. W niczym nie przypominała napuszonych, wiecznie spiętych elfów, jakie mijali na korytarzach pałacu. Właśnie kończyli trzecią karafkę wyśmienitego wina, kiedy Mendegarr zamarła. Wstała, przelotnie spojrzała na Cade'a i ukłoniła się dosyć niezgrabnie. Pod względem manier słabo się prezentowała, jednak wydawała się być idealną towarzyszką do podróżowania. Człowiek nadal nic sobie nie robił z przyjścia króla, siedział wygodnie u szczytu stołu z nogami opartymi o blat. Kielich miał pełny czerwonego napoju, w którym co chwilę maczał usta. Z bezczelnym uśmiechem i jaśniejącymi dziwnym blaskiem oczami wyglądał na pijanego.
— Tak, jestem pijany! — zagrzmiał, po czym potężnie czknął. — Wyborne wino...
Nemeyethel wydawała się zażenowana, jednak bardziej złościła się na siostrę niż na mężczyznę. Žalthanielowi śmiały się oczy, ale nic nie mówił, nawet nie zwrócił uwagi na przestraszoną Mendegarr. Dacre, Blaine i Ozeasz byli wstrząśnięci.
— Wybacz — Mendegarr czknęła — ojcze... Nie spodziewałam się ciebie tutaj, t-tym bardziej w tych dniach...
— Siostro! — syknęła Nemeyethel i gróźnie zmrużyła oczy.
— Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi. — Król posłał córce uspokajający uśmiech. — Ale chciałbym, aby ten człowiek usiadł gdzie indziej.
— O-oczywiście, ojcze! — Mendegarr w jednej chwili chwyciła Cade'a, podniosła i posadziła na innym krześle. Mężczyzna nie protestował – poprzednie miejsce było o wiele wygodniejsze, ale nowe również się nadawało.
— Dziękuję, droga Men. Proszę, usiądźcie.
Elfka w bogato zdobionym kolecie z wyszytym na piersiach drzewem, w którego gałęzie wplecione było krwistoczerwone serce, nieznacznie skrzywiła się, kiedy ojciec zdrobnił jej imię. Bardzo rzadko je słyszała, bo Žalthaniel będąc w stanie nietrzeźwości często zapominał o istnieniu córek, a jak już sobie o nich przypomniał, to albo je mylił, albo – właśnie – zdrabniał imiona. Wiedziała, że Hastienne bardzo się to podoba, uważała te zdrobnienia za rodzaj ojcowskiej czułości, której od śmierci Cantharielle w ogóle nie zaznały. Jednak nie zmieniało to faktu, że Mendegarr tego nie cierpiała i z trudem znosiła. Gdy Nemeyethel kazała jej przypilnować nieznajomego człowieka, poczuła wściekłość – nie raz, nie dwa wykorzystywano ją do takich rzeczy, równie dobrze mogłaby zostać dowódcą straży królewskiej. Ach, zapomniała – była kobietą!
Z mieszaniną zdziwienia i niesmaku usiadła obok króla, jednocześnie zastanawiając się nad stanem ojca – ile wytrzyma zanim sięgnie po cyffirin'h? Zapewne niedługo.
Czknęła i sięgnęła po kryształową butelkę, o której ścianki rozbijał się czerwony napój. Po napełnieniu kielicha wypiła wino duszkiem, pozostawiając zaledwie odrobinę na jego dnie. Szumiało jej w głowie, ruchy nie były już takie pewne, nie miała sił, by uczestniczyć w rozmowie. Cade również wyglądał na zamroczonego doskonałym trunkiem. Z delikatnym uśmiechem przymknęła oczy, widząc, że człowiek już od pewnego czasu cicho pochrapuje.
— Mendegarr! — Usłyszała wściekły głos siostry. Elfka spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na Nemeyethel. — Zróbże coś z sobą i swym podopiecznym.
— Men musi być bardzo zmęczona, podobnie jak wasz towarzysz. — Žalthaniel zwrócił się do braci. — Służba odprowadzi was, moi drodzy, do pokoi.
Mendegarr gardziła ojcem, ale równocześnie obawiała się go, lękając się raczej tego, kim był kiedyś, niż tego, co reprezentował sobą teraz. Nie potrafiła wyzbyć się tej odrobiny posłuszeństwa i bez przerwy szalejącej po głowie myśli: „Mendegarr, to twój ojciec! Twój ojciec!”. Na co dzień nie myślała o nim, często czuła się najpospolitszą sierotą, a nie córką Žalthaniela Sirraghi. Niekiedy chciała urodzić się wolną, niespętaną królewskimi obowiązkami, przyjść na świat w brudzie i ubóstwie, jako istota, która byłaby panem swojego losu. Potem pojawiała się Nemeyethel, która wściekłym sykiem przypominała Mendegarr o jej korzeniach. Była jedyną osobą, umiejącą sprowadzić ją na ziemię.
Po opuszczeniu jadalni chwiejnym krokiem skierowała się do swojej sypialni, w trakcie wędrówki odesłała służącą do Cade'a – wypił więcej, a wyglądał na ciężkiego, więc jedna służka mogłaby mieć z nim problem.
Ciekawy człowiek — pomyślała — ma nietuzinkowe nazwisko i nie zdziwiłabym się, gdyby był bękartem jakiegoś lorda-głupca, który dał mu tylko parę liter więcej zaraz za imieniem. I teraz pewnie po lordowsku chrapie...
Pchnęła drewniane, misternie rzeźbione drzwi i znalazła się w swoim pokoju. Nie był tak przestronny, jasny i przewiewny jak komnaty innych. Nigdy nie przepadała za tego typu sypialniami, wolała pomieszczenia mniejsze, które nie raziły bielą na każdym kroku i nie atakowały wonią kwiatów zaraz po przekroczeniu progu. Ceniła skromne umeblowanie, stonowane kolory; nie zależało jej na jedwabiach, puchach i aksamitach. Przeszła parę kroków po wydeptanym dywanie, po czym szybko pozbyła się wysokich, skórzanych butów. Zdjęła również kolet, spodnie i rozpuściła włosy. Białą koszulę, którą wpychała do środka, by nie wystawała spod kurtki, teraz swobodnie zwisała, zasłaniając umięśnione uda.
— Myślałaś, że tak szybko się mnie pozbędziesz? — wychrypiał Cade Ezra Naïlo prosto do spiczastego ucha Mendegarr, po czym głośno czknął.